Znasz taką zabawę w klasy? Pewnie tak, bo kto jej nie zna. Białą kredą rysuje się na betonie kwadraty, na końcu kółko i potem się skacze. Raz w jedną stronę, raz w drugą.

Była też taka zabawa rękami…Klaskało się w dłonie koleżanki lub kolegi w odpowiedni sposób i w rytm piosenki…Anali juli anali czi bum bum bum…Jakoś tak to leciało.

Jeszcze pamiętam, jak bawiliśmy się w wojnę. Byli „ci źli” i „ci dobrzy”. Zwykle nikt nie chciał odgrywać roli czarnego charakteru, dlatego zmienialiśmy się co jakiś czas. Tak, żeby każdy miał szansę zagrać raz kata, a raz ofiarę.

Ostatnią zabawą, którą pamiętam z dzieciństwa jest gra w pchełki. To były takie małe, plastikowe guziczki i jednym naciskało się na drugi, tak żeby ten pierwszy podskoczył i poruszył się trochę do przodu. Można było organizować wyścigi, albo wspólnie celować do tej samej pchełki.

Więcej zabaw ani grzechów nie pamiętam, choć bardzo żałuję. Więcej gier już nie będzie.

Wychodzę z domu bez spodni, w białej koszulce na ramiączkach. Zimno już i czuć chłód jesieni. Siadam na ziemi, wśród pożółkłych liści. Słucham, jak szeleszczą, jak przekrzykują się jedne z drugimi. Ciągnie je do słońca, do ciepła. Tam schną i kruszeją, tak jak ja.

W palcach rozcieram resztki pokruszonych kości, zdmuchuję kołtun z posiwiałych włosów. Nie idę już nigdzie. Zostaję.

Zjadam garść zbutwiałych liści, jeden ogonek utknął mi między zębami. Wyciągam go spróchniałą ręką, ręką pełną jesieni; chrupiącą i szeleszczącą. Dobrze, że jeszcze jest ciepło. Może choć z raz uda mi się w coś jeszcze zagrać przed zimą, przed zimną ziemią.

Anali juli, anali czi bum bum bum…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz