Biegnę nago przez zaśnieżone pola, przez oblodzone łąki,
zamarznięte pąki makowe wbijają mi się w palce stóp,
ranią kostki.
Łudzę się, że im szybciej będę biec, tym wolniej będę zamarzać.

Słyszę, że idziesz za mną, twoje buty
łamią z impetem kruchą lodową pokrywę,
a oddech jest szybszy od biegu i trująca,
chrzęszcząca para wyprzedza cię o dwa kroki.
Uprzedza.

Zimny, zimowy lesie. Nie przeciekaj.
Nie krwaw pustymi ławkami,
nie cieknij głuchą ciszą,
nie ulatniaj się,
nie wypadaj z otwartych dłoni, z rozplecionych palców.

Na karku czuję chłód twojego głosu.
Śledzi mnie pusty cień, okrąża
dudniący stukot i zduszone przekleństwo,
tłuste jak mój warkocz,
ciężki od wody, którą nasiąkł kiedy latem
kochaliśmy się w jeziorze,
skryci w tataraku,
wpatrzeni w czarne niebo pełne gwiazd.

Biegnę dalej. Przyśpieszam. Uwalniam się
od twojego głosu, który pętlą zawisł na mojej szyi.
Uwalniam twój uścisk, upuszczam poszarzałą dłoń.

Nie szukaj mnie.
I tak mnie nie znajdziesz, nie dogonisz.

Zamrożone słowa utykają w gardle,
kołaczą się w krtani, wyplute
plątają wśród drzew.

Zamarznięte gałęzie, ostre jak brzytwa,
tną nas na kawałki.

Mówią o nas wolno, szepczą o ostatniej,
wspólnej zimie.

Uwalniam ostatnie tupnięcie,
głośne i straszliwe, że
aż oddech staje.

Teraz już wiem, już wierzę,
że mnie nie dogonisz. Nie złapiesz,
nie pojmiesz, nie usidlisz.

Jeszcze bardziej przyśpieszam.
Liczę, że został mi choć jeden
oddech wolności, zamrożony las
kusi mnie i woła w głąb siebie.

W szczelinie zamarzniętych ust
wylęgają się pierwsze słowa
piosenki o nieznanym tytule.

Wciągam powietrze głęboko przez nos
i liczę do czterdziestu.
Z każdym wydechem jest mnie mniej,
Każde uwolnione słowo
grzęźnie w rozchełstanej wydmie z śniegu,
w poszarpanym szronie, w tafli z błękitnego lodu.

Wolność jest mroźna, z pasją bije w gongi z lodu,
ciągnie za rozwiane włosy, gryzie w odmrożone ucho.

Wolność jest
białą zimą, która nie pozwala zasnąć,
zamrożoną siłą, która nie daje odpocząć
księżniczką z mrozu i lodu, która nie


Idąc Plantami, zatrzymałem się nieco zdziwiony na widok siedzącego pod drzewem tłustego kolesia z obwisłymi uszami i okrągłą, uśmiechniętą gębinką. Taką poczciwą i niesmacznie radosną. Dobrotliwie rubaszną.

Z każdą chwilą robiło się nas coraz więcej: przechodnie zatrzymywali się, żeby sobie popatrzeć. Zrobiło się zbiegowisko, wielka gromada ludzi, której nie mogłem strawić, ale nie chciałem jeszcze odchodzić. Nie mogłem, nie potrafiłem zrozumieć, a nie miałem odwagi zapytać.

Nie wiedziałem czy w ogóle można zapytać.

Po chwili dłuższego namysłu postanowiłem wspiąć się na drzewo. Nie sprawiło mi to zbytniego kłopotu, mimo, że pień był oblodzony. Znalazłem sobie gałąź, która była na tyle spora, że zmieściły się na niej moje cztery litery. Oparłem się plecami o przemarzniętą do kości korę.

Spojrzałem w górę. Nie byłem sam.

Nade mną rosło gniazdo pełne maleńkich, ćwierkających wróbli. Przekrzykiwały się nawzajem i nie dopuszczały do głosu. Małe skrzydełka były chłodne i poranione, z głuchym trzepotem uderzały o siebie i strącały grudki pokruszonego lodu i połamany puch. Nie mogły odlecieć. Nie mogłyby.

Nie wiedziały czy można, nie wiedziałem, że można.

W końcu zapalili latarnie, ludzie się rozeszli, a ja postanowiłem zostać na drzewie. Przynajmniej tymczasowo, dopóki nie zrozumiem z czego on się tak śmieje.

(Nade mną gniazdo poranionych ptaków, pode mną Budda siedzi zamyślony. Nie ma mnie.)

Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem w kuchni rozlane mleko. Zalana była połowa czarnej podłogi. Stanąłem nad plamą jak wryty, przyglądałem się jej i nie rozumiałem.

Dziękujemy ci Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupiłeś świat.

Pamiętam, że potem zaczęło się to zdarzać coraz częściej. Raz na tydzień, raz na trzy dni, a potem już codziennie. Codziennie, kiedy rano przychodziłem do kuchni, podłoga zalana była białym, zimnym mlekiem. Stałem, przyglądałem się i nie pojmowałem.

Dziękujemy ci Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją odkupiłeś świat.

Pamiętam szok, jakiego doznałem, kiedy po raz pierwszy przyłapałem cię na gorącym uczynku. Stałaś przed otwartą lodówką, w prawej ręce unosiłaś otwarty karton. Widzę teraz, jakby to było dziś czy wczoraj, widzę, jak unosisz karton i jak przechylasz go w taki sposób, że mleko wylewa się na otwarte drzwi lodówki, rozchlapuje o uszczelkę, spływa po kancie. Po opróżnieniu opakowania, zamykasz lodówkę i wyrzucasz karton do śmieci. Przechodzisz obok, zupełnie mnie nie zauważając. Potrącasz mnie prawym barkiem, ale to cię nie otrzeźwia. Jak w malignie, we śnie, który trwa zdecydowanie zbyt długo, przeżywamy swoje własne deja vu.

Dziękujemy.

Zawsze czuję wewnętrzną radość, zwaną przeze mnie radością w brzuchu, kiedy idę przez Sienną letnim popołudniem. Mam taką niepisaną tradycję, która zawiera w sobie następujące części składowe:

Jeden. Stukają tępo obcasy, deptam z humorem kocie łby. Jeden za drugim prowadzą mnie w to samo miejsce.
Dwa. Chodnik jest chłodny, nie przepuszcza ciepła, które chroni się w szczelinach pomiędzy kamienicami. Wsiąka w cegły, topi się w starym tynku.
Trzy. Kawa na Stolarskiej zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety. Reszta mnie nie interesuje, bo kto interesowałby się czymś, co dopiero ma nadejść i jeszcze się nie zmaterializowało w naszym polu morfogenetycznym?
Cztery. Świadomie i zdecydowanie odrzucam wspomnienie, które zawsze pojawia się w tym miejscu, w podpunkcie numer cztery. Czasem zjawia się nieco wcześniej, pomiędzy dwójką i trójką, ale ostatnio dużo nad sobą pracowałem, dlatego wspomnienie pojawia się dopiero przy czwórce.

Zapominam. Zapominam i odrzucam następujące obrazy, które mimowolnie pojawiają mi się przed oczami w podpunkcie czwartym, lub czasem (ostatnio zdecydowanie rzadziej) pomiędzy podpunktem drugim i trzecim:

Obraz pierwszy. Idziemy razem Sienną. Trzymamy się za ręce. Ty masz rozpuszczone włosy, świeżo tlenione na kolor jasny blond. Świergotasz i śmiejesz się tak dziecięco; promiennie i naturalnie.
Obraz drugi. Stajemy. Przysuwamy się bliżej kamienicy, tej zaraz za zielonym kioskiem na kółkach. Pachniesz wodą morską, kostkami lodu i malinami z miętą.
Obraz trzeci. Robi się gorąco. Nie rozglądając się wokoło, przecież późno już i ciemno, przyciskam cię mocniej do ściany. Obracam tyłem. Masz zwiewną sukienkę i lekkie, zwiewne pragnienia.
Obraz czwarty. Paznokcie szukają szczelin, punktu zaczepienia. Dusisz w sobie krzyk, trochę tynku spada wprost na ziemię. A trochę na moje buty. Głośno się potem z tego śmiejemy.
Obraz piąty. Pijemy kawę na Stolarskiej. Kawa zawsze jest taka sama. Duża i ciepła i to są jej główne zalety.




Najpierw trzeba zacząć od ustalenia zasad. Nie jest to trudne. Przykładowo: nadgryzione ciastka kładziemy zawsze z prawej, a te nietknięte z lewej strony opakowania. Jeśli robimy kakao, to tylko na słodko i z tłustym mlekiem. Bita śmietana tylko w zimie i tylko w sprayu. Gdy zamierzamy odejść, uciec, powiesić się – uprzedzamy o tym w terminie do pięciu dni roboczych. Naprawdę, nie jest to trudne.

Ściana.

Czasem zastanawiam się, co jest za oknem. Czasem nawet próbuję przez nie wyjrzeć. Ale jakaś niewidzialna siła, grawitacja to czy magnetyczne przyciąganie spolaryzowanych biegunów, sprawia, że napotykam na opór. Chciałbym, ale nie mogę. Ja w jedną, to ona w drugą. Ja w prawo, to ona w lewo.

Ściana.

 Jeśli zastanawiasz się czy nie udzielić mi w tym miejscu banalnej porady w stylu: wymyj szyby, otwórz okno, wal głową w mur – to powstrzymaj się, proszę. Wszystkiego już próbowałem, a tego, czego nie próbowałem i tak na razie nie wykorzystam. Może nie chcę? Przywykłem już do patrzenia na świat przez czarną ścianę z wilgotnego muru i naprawdę, nie chcę więcej. (Kłamstwo! Kłamstwo! - ściana.) Nie, nie chcę od ciebie kakao. No, chyba, że słodkie i z tłustym mlekiem. I z bitą śmietaną. W końcu znowu nadeszła zima.

Jeśli spojrzycie na wnętrze swojej lewej dłoni, to jedna z linii, która rozpoczyna swoją drogę pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym i biegnie łukiem w stronę nadgarstka, będzie waszą linią życia.

Zawsze uważałem, że długość tej linii oznacza długość naszego życia. Moja niestety była bardzo krótka: prosta i gruba, ale krótka. Ta sprawa spędzała mi sen z powiek. Bałem się, że koniec nadejdzie szybko i niespodziewanie. Przestałem więc wychodzić z domu.

Zamknąłem się w mieszkaniu, bo uznałem, że tam będzie najbezpieczniej. W okna kazałem wstawić kraty i liczyłem, że tym sposobem uda mi się przechytrzyć przeznaczenie.

Czekałem rok, czekałem drugi. Z moich obliczeń wynikało, że zostało mi może parę miesięcy życia. Wtedy też wpadłem na genialny pomysł. Otóż, wyczytałem gdzieś, że linie papilarne mogą zmieniać się z biegiem lat. Tym samym zmienia się i nasz los. Dlaczego więc nie pomóc szczęściu?

Postanowiłem przedłużyć sobie linię życia sposobem ręcznym, domowym. Niestety, swojego czasu powyrzucałem z domu wszelkie ostre narzędzia, w tym noże i żyletki. Mieszkania już od dawna nie opuszczałem, a nie były to jeszcze czasy, kiedy zakupy można było sobie zamówić z dostawą pod drzwi.

Po kilku dniach rozmyślań i nieudanych prób przedłużenia linii paznokciem, wyjrzałem przez szybę i wtedy mnie olśniło. Otwarłem okno, przecisnąłem rękę pomiędzy prętami i delikatnym wnętrzem dłoni zacząłem szukać chropowatego, zaostrzonego fragmentu kraty. Po chwili znalazłem jeden odstający kawałek metalu, ale był za daleko, żebym z chirurgiczną precyzją był w stanie przedłużyć sobie życie.

Zdesperowany i zmęczony absurdem całej tej sytuacji, zacząłem walić ręką na ślepo. Po niedługiej chwili, krew ciekła mi z dłoni strumieniem. Otarłem ją o ścianę i schowałem się z powrotem do środka. Przyszła pora na ocenę skuteczności podjętych działań.

Skóra z palców zdarta, lakier powbijany pod paznokcie, poszargane nerwy…A linia życia ani rusz. Nawet na milimetr nie posunęła się do przodu. Nie wydłużyła. Nadal kończyła się w połowie dłoni i ewidentnie nie zamierzała ruszyć się z miejsca.

Jakiś czas później przyszli malarze i pomalowali ścianę domu na ciemny kolor. Mniej więcej w tym samym czasie wyczytałem w internecie, że rodzimy się z konkretną liczbą oddechów, przeznaczoną nam na życie. Tak więc, im wolniej i rzadziej oddychamy, tym dłużej będziemy żyć. Myślę, że coś w tym jest i od tego czasu staram się mało oddychać. Ostatnio idzie mi coraz lepiej i oddycham jedynie sporadycznie. Jeśli opanuję tę sztukę do perfekcji i przestanę w ogóle oddychać, wtedy mój cel z pewnością zostanie osiągnięty.

Coraz częściej zastanawiam się, jakby to było wyjść na pole, na słońce. Nigdy nie stałam w słońcu, ani nie widziałam go. Jestem ciekawa czy rzucałabym cień?

Waham się. Stoję w drzwiach, kopię jedną nogą w stary, drewniany próg sosnowy. Tępy stukot nie nastraja pozytywnie, nie motywuje do działania. Chowam się.

W cieniu jest ciemno i chłodno – to są jego główne wady. Ale zalet też ma nie mało: jest znany, swojski i przede wszystkim mój własny. Poznany, zdobyty i jakże wygodny.

Jednak…coraz częściej zastanawiam się, jakby to było wyjść na pole, na słońce. Spojrzeć w niebo i dać się rozpuścić, tu, gdzie teraz patrzę, na tym chodniku przed domem.

A jeśli słońca nie ma, jeżeli to tylko złudzenie? Co wtedy, gdy znajdę w sobie odwagę, żeby przejść przez drzwi, a tam okaże się, że nic nie ma? Puste niebo, kilka latarni dookoła i para zabłąkanych ptaków?

Coraz częściej zastanawiam się czy lepiej żyć w bezpiecznym świecie cienia i wierzyć, że jest słońce, czy wyjść i przekonać się naprawdę, co tam świeci z góry? Wyjść i rzucić cień, tak po prostu, tak od niechcenia. To byłoby coś.

 Znasz taką zabawę w klasy? Pewnie tak, bo kto jej nie zna. Białą kredą rysuje się na betonie kwadraty, na końcu kółko i potem się skacze. Raz w jedną stronę, raz w drugą.

Była też taka zabawa rękami…Klaskało się w dłonie koleżanki lub kolegi w odpowiedni sposób i w rytm piosenki…Anali juli anali czi bum bum bum…Jakoś tak to leciało.

Jeszcze pamiętam, jak bawiliśmy się w wojnę. Byli „ci źli” i „ci dobrzy”. Zwykle nikt nie chciał odgrywać roli czarnego charakteru, dlatego zmienialiśmy się co jakiś czas. Tak, żeby każdy miał szansę zagrać raz kata, a raz ofiarę.

Ostatnią zabawą, którą pamiętam z dzieciństwa jest gra w pchełki. To były takie małe, plastikowe guziczki i jednym naciskało się na drugi, tak żeby ten pierwszy podskoczył i poruszył się trochę do przodu. Można było organizować wyścigi, albo wspólnie celować do tej samej pchełki.

Więcej zabaw ani grzechów nie pamiętam, choć bardzo żałuję. Więcej gier już nie będzie.

Wychodzę z domu bez spodni, w białej koszulce na ramiączkach. Zimno już i czuć chłód jesieni. Siadam na ziemi, wśród pożółkłych liści. Słucham, jak szeleszczą, jak przekrzykują się jedne z drugimi. Ciągnie je do słońca, do ciepła. Tam schną i kruszeją, tak jak ja.

W palcach rozcieram resztki pokruszonych kości, zdmuchuję kołtun z posiwiałych włosów. Nie idę już nigdzie. Zostaję.

Zjadam garść zbutwiałych liści, jeden ogonek utknął mi między zębami. Wyciągam go spróchniałą ręką, ręką pełną jesieni; chrupiącą i szeleszczącą. Dobrze, że jeszcze jest ciepło. Może choć z raz uda mi się w coś jeszcze zagrać przed zimą, przed zimną ziemią.

Anali juli, anali czi bum bum bum…